sobota, 14 maja 2011

Blondynka na językach





Przez ostatnie dni byłam pochłonięta rzeźbą. Było brudno, duszno, nie obyło się bez łez. Ogólnie nie wygląda to tragicznie, ale nie tak, jakbym chciała. Moje chore ambicje :-). Rano wstałam ze słowem fak na ustach, i modliłam się, żeby ten dzień jak najszybciej się skończył. Spodziewałam się ostrej krytyki, robienia dziur w rzeźbie w celu udowodnienia jak cienką warstwę gipsu położyliśmy, ale ku mojemu zdumieniu z niczym takim się dziś nie zetknęliśmy. Kiedy przyszłam do domu, od razu wyciągnęłam kołdrę i dałam nura pod nią. Tak bardzo nie lubię zimy, ale upał też nie działa na mnie jakoś nadzwyczajnie. Szczególnie kiedy trzeba siedzieć na uczelni i nabijać sobie godzin.




Wczoraj na treningu było kozacko. Będzie kosiwo :-) Nie mogę doczekać się już festiwalu :-)

Tak poza tym, byłam dzisiaj z Arletą na dłuuugim spacerze, oczywiście zahaczyłyśmy o Empik my love, i zobaczyłam kurs hiszpańskiego Pawlikowskiej. Nie wiedziałam, że ona pisze też książki  o swoich podróżach.  Szkoda, że nie ma żadnej właśnie o Włoszech lub o Hiszpanii, ale jest dużo z krajów Ameryki Łacińskiej i jutro zamierzam sobie nabyć jakąś. Jestem w trakcie załatwiania szkoły we Włoszech lub Hiszpanii  i idzie to trochę dość opornie, bo moja architektura krajobrazu nie ma podpisanego kontraktu i nie wszystkie przedmioty są, więc muszę wybierać to, co choć delikatnie pod nie podchodzi. Na sto procent mogę jechać do Turcji, ale nie chcę jakoś za bardzo...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz