niedziela, 25 grudnia 2011

25.12.2011

Jest pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, leżę w wyrku mamusi i słucham Franka i Back to black Amy. Za oknem praktycznie zerowa ilość śniegu. Wczoraj idąc załatwiać sprawy na mieście czułam się jak w programie ' gwiazdy tańczą na lodzie',  i zaczęłam pierwszy raz w życiu żałować nałożenia Air Forców zamiast traperów. Moje zęby poczuły się zagrożone;-).

Pierwsze o co pytają znajomi ? Mikołaj był ;-)? Był. Kupiłam sobie to, co sama chciałam, czyli pióro parkera. Kurczę, pierwszy raz w życiu mam wszystko, czego zapragnę. I to jest bardzo fajne, bo to nagroda za moją ciężką pracę. Aktualnie w portfelu mam tylko jeden banknot, a na koncie po świątecznych zakupach świeci pustka. To było takie zajebiste, że w końcu mogłam kupić bliskim to, co chciałam kupić, i nie ograniczały mnie ani brak pomysłów ani brak finansów. Wczoraj moja radość z dawania osiągnęła apogeum :-).

Muszę przyznać, że dzień był dość nerwowy, jak to podczas przygotowań świątecznych bywa. Dodatkowym utrudnieniem był fakt plecenia mamie warkoczyków, przez co myślę, wszystko  było znacznie opóźnione. Wydzierałam się na brata 'Prasuj koszulę', po czym sama nie wiedziałam, gdzie podziała się moja spódnica, gdzie szminka, gdzie rajstopy. Kobiety ... :-)

W tym roku święta są bardzo wyjątkowe z tego względu, że przyjechał do mnie mój starszy brat ze Stanów <3. To mój taki mały świąteczny cud. W sumie, to nie wiem czy mogę nazwać go małym cudem, bo wzrostu Bóg mu nie pożałował :-). Wzrostu no i uśmiechu, jak z reklamy Blend a med;P .

Kolejny raz stwierdziłam, że moja mama jest aniołem, bo ściągając tu Majka zrezygnowała ze swoich wakacji we Włoszech. To jest kobieta, która jest dla mnie wzorem. Dobra kobieta, czasem zbyt.

Dodatkową atrakcją było ukrywania brata w niewiedzy przed babciami, coby sprawić im niespodziankę. Obawiałam się trochę, czy nie spowodowałoby to lekkiego zawału u którejkolwiek, alen nie - jednak oprócz wzruszenia i niezmiernej radości niczego takiego nie zaobserwowałam, a babcie mają się bardzo dobrze:-).

Ogólnie to leżę w tym łóżku, objadam się cuksami i stwierdzam, że po świętach zamiast chodzić będę się toczyć. Poza tym nie mogę się doczekać śniadanka i wszystkich pyszności babciusi, bo wczoraj zbytnio się nie objadłam, ze względu na moją nierybność całkowitą. :-).

Na razie spadam się ogarniać :* Dawno nie pisałam, więc mam nadzieję, że dla przyszłości moich wspomnień muszę naskrobać to i owo.

Spokojnych.
Natalia





piątek, 11 listopada 2011

11.11.11

    Podchodzę do pisania tego posta już drugi raz, ponieważ za pierwszym razem zaniemogłam i zasnęłam. Jest piątkowy, świąteczny wieczór. Chill przy muzyce i herbatce. Przechodzę osobiste zmęczenie materiału na skutek dnia, a raczej wieczoru wczorajszego. Od paru dni miałam w planach imprezę FPC w Kontakcie. Bardzo się cieszyłam, bo było to świetną okazją do spotkania się z moimi dziewczynami, które odeszły z grupy. Grzechem także byłoby nie skorzystać z okazji obejrzenia showcasów w takim miejscu jak klub, gdzie takie rzeczy, myślę, zdarzają się niezbyt często. Wrażenia całkiem pozytywne, zabawa udana:) Ale szczerze? Nigdzie nie bawię się tak, jak w moim małomiastowym Koko, z ludźmi, których znam i kocham;).  Poza tym nocowała u mnie moja Daniuśka, dla której szczerze? Ostatnio nie miałam wcale czasu, bo to trening, bo to projekt. Jest kochaną osóbką, bo choc wcale nie miała ochoty na wyjście, nie odpowiadała jej żadna bluka z mojej wielkiej szafy, to i tak poszła na imprezę. Dla mnie. :) Oto poświęcenie. Wczoraj moje życie uległo zmianie. Jeszcze teraz fizycznej zmiany jako tako nie odczuwam, ale w głębi duszy w końcu czuję błogi spokój jeżeli chodzi o moją przyszłość- przynajmniej tą w ciągu bieżącego roku akademickiego. Otóż składałam papiery na stypendium, jak się okazało sukcesywnie. Na wieść o kwocie jaką będę dostała ugieły się pode mną kolana z wrażenia, a oczy zaszkliły mi się. Bóg wynagrodził mi moje wszystkie trudy. Choć jeden raz w życiu moja ciężka praca została doceniona. Wiesz jaka to radość? Być niezależną, odciążyć mamę z kosztów mojego utrzymania. Być samodzielną. Choć raz o moim losie nie zadecydowało nazwisko, a raczej przewaga cudzego nazwiska nad moim. Radość. Ogromna radość. Obecnie włączyłam Gladiatora, i z ręką na sercu przyznaję, że będę oglądała go pierwszy raz w życiu :)! Uwierzysz? Także lecę oglądać, buziaki.

poniedziałek, 7 listopada 2011

07.11.11

Skończyło mi się multi, a co w za tym idzie, mam trochę więcej wolnego czasu. Mocno podkreślam TROCHĘ. Na uczelni dzisiaj spięłam  trochę dupkę, zaczęłam robić szczegółowe obliczenia do projektu mojej plantacji. Fajni prawda:)? Zaczyna się prawdziwa zabawa w najprawdziwszego architekta, z robieniem najprawdziwszych kosztorysów, obliczaniem płacy dla najprawdziwszych robotników, używając przy tym najprawdziwszych maszyn. Niewiele osób traktuje to poważnie, ale zachodzę w głowę dlaczego ? To nie jest już gimnazjum, że ktoś karze Ci chodzić do szkoły. To jest uczelnia i kierunek, który sam sobie wybrałeś. Wiadomo, w życiu różnie bywa, i nie zawsze dostajesz się na to co chcesz, ale wnioskuję, że raczej nikt nie składa papierów na studia np. matematyczne jeżeli matmy nie lubi, prawda? Fakt, sama często jestem zmęczona, mam na wszystko totalnie wywalone, ale w gruncie rzeczy dochodzę do wniosku, że to ile teraz wyniose z uczelni, zaowocuje w przyszłości. Od tego zależy w dużej mierze to, jakim architektem zamierzam być. Dobrym, pracującym w zawodzie, czy złym wykładającym chemię w spożywczaku. :)



Teraz siedzę sobie w kocyku, piję zieloną herbatkę, słucham nowej płyty Florence and The Machine. Wczoraj też stwierdziłam, że czas na przesłuchanie nowej płyty Izy Lach, i nowego odkrycia na muzycznym rynku Foster The People, których kawałek " Pump up kicks" jest dla mnie połączeniem tego,  co najbardziej cenię. Tekst i dobra muzyka. A więc słucham sobie tej muzyki i rozmyślam o Fairplaynivalu. To daje mi nowe szanse, na walkę o swoje i na pokazanie się od jak najlepszej strony jako tancerka. W listopadzie odpuszczę sobie multi, z braku finansów, ale myślę, że w grudniu i styczniu, kiedy dostanę już stypendium z uczelni mogę śmiało ruszać na wszystkie zajęcia w studio. Korzystałam z tego karnetu już w październiku, i powiem wam, że chociaż suma nie jest mała, nie jest też super wygórowana, jeżeli podzieli się ją na liczbę wszystkich odbytych zajęć. Chociaż nie korzystałam ze wszystkich możliwych zajęć, ze względu na moje uczelniane zajęcia to i tak stwierdzam, że warto było. Brałam lekcję u ludzi, których podziwiam i cenię, jako tancerzy.




W piątek miałam straszny dzień. To był jeden z tych przecholernych, felernych dni. Byłam mega zmęczona, zasypiałam na ostatnim wykładzie. Ogólnie to brak wigoru, senność, głód i wszystkie możliwe dolegliwości towarzyszące kiepskiemu dniowi. Wróciłam do domu, spakowałam torbę na trening, i w związku z kiepskim dniem, brakiem czasu nałożyłam moje ukochane a.f.one. i poszłam żwawym krokiem na przystanek. Jak to przeważnie bywa, mój ukochany autobus stał sobie gdzieś w korku, podczas gdy ja miałam już pot na plecach, mając na uwadze fakt, że musiałam się jeszcze przesiąść w kolejny, żeby dojechać do studia, a dopasowałam oba na tak zwany styk. Mój super autobus dojechał z 10 minutowym opóźnieniem, w związku z czym nie miałam już co liczyć, że zdąrzę na kolejny. Szłam przez park przy Białce tak wkurzona, że gdyby nie moje słuchawki to pewnie para leciała by mi z uszu, tak jak w bajkach, bo gotowałam się ze złości. "Nie wydam kolejny raz dychy na taksę, o nie"  - pomyślałam sobie, wspominając widok uciekającego mi z przed nosa autobusu, i bezsilność w związku ze szpilami na nogach... . Trening zaczynał się o 18:10. Kolejny autobus o 18:12, z 7 minut jazdy, z 3 na przebranie się. Czyli bankowe spóźnienie. Wpadłam do szatni jak burza, przebieram się. Nie jest źle, nie jestem ostatnia. Włosy w kucyk, woda pod pachę i goł na białą. Szybko kładę się na podłogę, może nikt nie zauważy naszej nieobecności;P ominęły mnie brzuszki, ale kolejne ćwiczenia robię już z sumienną dokładnością.



S. zaczyna nam pokazywać chorełkę. Nie jest zbyt ciężka, ale damn ! nie mogę zebrać myśli. Po chwili przerywa kroki i sam zauważa fakt, że wszyscy jesteśmy lekko niedzisiejsi. " Taki dzień" - mówię. Po upływie pół godziny jednak wczuwam się na maksa, i mam chorełkę w garści. Parę momentów niepewności, ale nie stoję jak nieporadna ciotka, podnoszę rękę, pytam, dostaję dokładną odpowiedź. Jest muzyka, lecimy dalej. Wałkujemy cięższy muzycznie fragment, nazwany na poczekaniu Trójeczką.  Nim się obejrzałam, zajęcia powoli dobiegały końcowi, mój dość kiepski humor zastąpiła niesamowita energia. 

Zostajemy podzieleni na trzy grupy, tak by łatwiej było nas ogarnąć wzrokiem. Jestem z trójkami. I nagle czuję te oczy, stres. Szczerze? Tak bardzo tego nie lubię, o ile świetnie tańczy mi się w zwartej grupie, dobrze na pokazach, gdzie patrzą na mnie niezliczone pary oczu, których nie widzę, nie znam, tak nie idzie mi kiedy patrzą na mnie twarze, które znam, które znają mnie, które mnie oceniają. Cała
choreografia odpłynęła. Faaaaaaaaaaaaaaaaak. Czuję wstyd, rumieńce, ale nie stoję, dalej walczę i próbuję skleić do kupy jakoś fragmenty, które jeszcze przed 2 minutami mogłabym tańczyć z zamkniętymi oczyma. No nic, będziemy tańczyły jeszcze raz. I znowu to samo. Czuję falę gorąca, nerwowy pot. W sumie nie ma czego się stresować, to moja grupa, moja ekipa. Ale jednak, nie lubię nie mieć czegoś pod kontrolą. Siadamy wszyscy pod lustra. S. wybiera najlepszą wg. niego w tej choreografii szóstkę. Siedzę zła pod lustrem, zła na siebie. Bo nie dałam z siebie na koniec wszystkiego, choć w trakcie zajęć rozluźniłam się i wczułam się w choreo całym ciałem i sercem. Nie wybrał mnie, rozumiem. Nie szło mi dobrze w mniejszych grupkach, właściwie to wcale mi nie szło.

Przed włączeniem piosenki mówi nam, jak ważny jest rozwój, pięcie się do góry w życiu tancerza. Że wybrał osoby, które nie odtwarzały choreografii kropka w kropkę, lecz dodawały swojego stylu, pokazywały emocje. Mówi jeszcze wiele rzeczy, w które się wsłuchuję. Mój wzrok utkwiony jest w podłogę, jest mi wstyd.  Nagle przerywa, słyszę " Jeszcze Ty" dalej patrząc na buty wybranych. Jestem nieobecna. "Ty". Dalej nic. " NATALAA! ". Co ? Ja ? " Tak, Ty. Rusz dupkę". Ale ja się mylę... " Ojej to straszne:-)"

Nie mogę uwierzyć, że słowa kierowane są do mnie, ale jeżeli dano mi szansę, korzystam. Już z większą pewnością siebie wychodzę na środek, tańczę tak, jak czuję. I wiesz co czuję? Czuję szczęście. Że ktoś mnie docenił. Nie ma chyba wspanialszego uczucia. Potem znowu siadamy pod lustra i padają słowa: motywacja, dążenie do celu, słuchanie ciała i serca. I stwierdzenie, że jeżeli jedno państwo robi bombę atomową, inne też powinny taką mieć w zanadrzu, choćby dla własnego bezpieczeństwa.

To był dobry trening. Pokazał mi, że taniec, mimo wielu łez, jednak jest wielką częścią mojego życia i potrafi zamienić mój podupadły humor do tego stopnia, że wracam do domu kiedy jest już ciemno, i wracam spocona, zmęczona, ale uśmiechnięta.

Każdemu w życiu życzę takiej pasji, która będzie leczyła duszę.



Natalia.
cause I need love...
love's divine...


please forgive me now I see that I've been blind ...!!!

Give me love.


Proszę.

niedziela, 6 listopada 2011

Minęło Święto Zmarłych. Minął długi weekend, który bądź co bądź szybko upłynął...zbyt szybko. Pewnie głównie dlatego, że trzy dni z  rzędu spędziłam w klubie, nie tylko pod osłoną nocy. Otóż w ramach współpracy z klubem w moim rodzinnym mieście zostałam poproszona o udzielenie się od strony artystycznej. Miałam wiele, na prawdę wiele wątpliwości odnośnie tego. Czy nie sprofanuję dzieła zajebistego fotografa i...czy nie sprofanuję ściany klubu ;P. Po wielu rozmowach, rozmyślaniach postanowiłam zaryzykować. Raz kozie śmierć. Pewnym krokiem pomaszerowałam do Pastela po farby, wybrałam co trzeba i spakowałam walizkę do domu.

Podróż minęła mi samotnie, aczkolwiek nie nudno, bo pierwszy chyba raz skorzystałam z laptopa zamiast trzymać go pod nogami. Obejrzałam 2 filmy. w tym "American Gangster", który oglądałam nie raz i polecam.  Świetna fabuła, trochę taka amerykańska wersja Ojca Chrzestnego z Danzelem Washingtonem w roli głównej. Film jest bardzo długi więc nim się zorientowałam byłam już na dworcu w punkcie docelowym, gdzie czekała na mnie moja mama.

Uśmiechnięta i radosna na mój widok, jak zawsze. Boże, co to za kobieta :). ! Najlepsza mama na świecie. A razem z nią najlepsze jej pierogi na świecie :) !.

Bądź co bądź, podczas świąt zdąrzyłam upchać w sobie tyle pysznego jedzonka, że zapasów tłuszczu starczy mi na całą zimę. W mojej białostockiej lodówce nie hula wiatr, bo wypełniona jest po brzegi pysznościami od mamy. Nic tak nie smakuje jak kotlet albo pieróg mamy w czasie studiów :) Uwierz mi.

Ale teraz z innej beczki....




Śmierć bliskiej osoby, jak się z tym pogodzić? Etapy godzenia się z tym faktem takie jak zaprzeczenie, rozpacz, depresja, a w końcu złość. Złość? - dziwisz się. Tak. Tego też można doświadczyć. Zbyt wielu młodych ludzi od nas odchodzi. Samych, lub bez własnej zgody. Często jednak te osoby kuszą los, i niestety, kuszą go sukcesywnie.

Złość za to, że ktoś zostawił nas, na tym często tak źle postrzeganym świecie. Za to, że już nie masz z kim walczyć o lepsze jutro. Złość za to, jak on mógł odejść!! Jak?  Złość na Boga. Dlaczego właśnie On. Ona. Dlaczego zostawiłeś mnie samego na tym pieprzonym świecie, pytał się, dlaczego. Zagranie egoistyczne, ale prawdziwe. Bo przyjaciela chcemy mieć tylko dla siebie, zawsze obok.

A teraz spójrz na swoich przyjaciół. Co byś zrobił, gdyby któregoś dnia ich zabrakło? Wiem, nie dopuszczasz do siebie nawet takiej myśli, ale kto wie, co zdarzy się jutro? W Święto Zmarłych włączyła mi się z Jot. taka rozkmina i obie stwierdziłyśmy, że znajdujemy się w takim położeniu, że nie obracamy się w gronie 2, 3 osób, tylko spędzamy czas w dużej hermetycznej grupie. I szczerze? Każdego kocham, bywają dni, że jednego dnia mniej lub więcej, jak to w życiu bywa. Ale nie wyobrażam sobie życia bez żadnego z Was. Słyszycie? Bez żadnego z Was!! Nawet jeżeli studia nas podzieliły na 3,4 miasta zawsze nasze drogi spotykają się w rodzinnym mieście. Każdemu życzę takich przyjaciół. Nie mówię tu o ludziach, którzy udają, że nimi są. U nas czegoś takiego nie ma, wiem, bo znam Wasze dobre serca.

Irytuje mnie to całe Święto Zmarłych. Irytuje mnie to, jak wiele osób nie ma szacunku dla tego miejsca, a raczej, dla osób które tam spoczęły. I te wszystkie, żenujące kłótnie, o znicz, o kwiatek, o to o tamto. Ma sa kra. Dlatego tak bardzo nie lubię, tłumnego zjazdu ludzi na cmentarz. Zaczynają się pokazy mody, zastaw się a postaw. Boże, czy oni nie rozumieją, że stoją obok grobu bliskiej osoby? I czy stojąc tam nie rozumieją jak życie jest kruche? Nie rozumieją faktu, że nie zabiorą swoich kozaków, futer i czego tam jeszcze do grobu? W sumie jedną parę to i można, prawda, powiedziałabym humorystycznie. ale jedną jedyną. Ja nie mówię, że moda, że aparycja nie jest ważna. Skłamałabym, jest i to bardzo. Ale w takim momencie chyba nie ważne jest że Zosia ma super futro z norek, szynszyli, czy czegokolwiek tam.

Jejku... dobija mnie to, że ludzie choć w jeden cholerny dzień nie mogą zachowywać się po ludzku. Zaczynam po prostu przeklinać w myślach, że człowieczeństwo zmieniło definicję, lub w ogóle też nie występuje. Zważają na tak nieistotne sprawy, że aż rzygać mi się chce. Helo! Przecież i tak na końcu życia zostajemy nadzy! Nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, oczywiście. Zadbajmy więc, by nie być nagim w sercu. By mieć pełen wachlarz uczuć, wspomnień, relacji z drugim człowiekiem. Jak to wygląda, kiedy w taki dzień jak Święto Zmarłych pół rodziny stoi twarzą na zachód, drugie pół na wschód, odwróceni do siebie dupami. ? O co my się wszyscy kłócimy ? Afery.

poniedziałek, 24 października 2011

we found love

Długo nie pisałam. Nie wiem czy powodem tego jest inny tryb życia, czy po prostu brak dzielenia się czymkolwiek. W ostatnim poście pisałam o castingu. Byłam, dostałam się. Ze starego składu zostało nas 8, doszło 16 nowych twarzy, w tym jeden chłopak ( chłopiec ! właściwie). Nie ogarniam jeszcze części twarzy, ale wszystko przyjdzie z czasem, jak w tamtym roku. Tak myślę. Postanowiłam trochę zacisnąć pasa ( nie wiem na ile mi to w sumie wychodzi) w sensie ideowym - nie w sensie zaciskania faktycznego paska. Wyskrobałam trochę więcej pieniędzy i wykupiłam sobie miesięczny karnet na wszystkie zajęcia w studiu. Tańczę hmmm, po 9 godzin w ciągu 3 dni. Mogłabym więcej, mogłabym, a nawet napiszę więce, chciałabym ale moje zajęcia projektowe na uczelni niestety mi na to nie pozwalają. Jest dobrze, cholernie dobrze. Czuję, że rozwijam się. Moje ciało także czuje ogromną różnicę, czasami znosząc to jednak gorzej, wiem, że staje się silniejsze. Tu i ówdzie wychodzą moje niewielkie, choć dokuczliwe, zaniedbane kontuzje sprzed lat a także zaniedbane sprawy zdrowotne. Jednak zdając sobie sprawę z tego, że najzwyklej w świecie nie mam czasu na chorowanie i leżenie, leczę się wszystkimi znanymi mi sposobami i "jadę" dalej.
Wczoraj byłam na jamie, ale (głupia!) nie wystartowałam. Żałuje się  tego, czego się nie zrobiło, prawda :)?

Co na uczelni? Czasem śmiech, czasem sen. Wiadomo jak to bywa. W tamtym tygodniu zarwałam dwie nocki przez projekt, w tym jednego dnia poszłam spać o 5.30 do 7.00 i znowu musiałam wstać na zajęcia. Realia studiów, bardziej w sumie w okresie przedsesyjnym, sesyjnym niż w okresie zwykłym. Jednak na moim kierunku, który opiera się na pracach manualnych, pracach czasochłonnych nie istnieją żadne zasady. Kolokwium i kucie na blaszkę byłoby zbawieniem pośród sterty projektów na każdy z przedmiotów. Irytuję się faktem, że daleko mi do perfekcji. Ale na perfekcję potrzeba czasu i pieniędzy. A tych dwóch czynników niestety zbyt często nam brakuje. No chyba, że okradłeś ( jak to mówi moja mama) chiński bank i cierpisz na chroniczną bezsenność.

Po zajęciach często od razu jadę do studia na treningi. Po treningu wracając do domu przesłuchuję sobie płyty, a kiedy wtaszczę się już na czwarte, to otwieram buty, zsuwam airforce'y i padam na twarz w moim pokoju. Nie mam czasu obejrzeć filmu, tydzień temu kupiłam sobie książkę pt. "Słoneczniki" Sheramy Bundrick o życiu van Gogha, ale do tej pory nie miałam czasu zobaczyć czegokolwiek, poza okładką. Być może odpowiedni czas nastanie w mini przerwie świątecznej. Mój mały śpioch śpi, mam obudzić o 20.00.

Pogoda dzisiaj była niezwykle łaskawa, jak na ostatnie czasy patrzeć. To pierwszy dzień od 3 października, kiedy mogę z ręką na sercu stwierdzić, że od razu bez mrugnięcia oka, bez odwlekania odrobiłam zadania, które przydzielili nam dzisiaj. Proud. 

Jakie mam plany na wieczór?
Pozmywam, wezmę kąpiel bez pośpiechu, posłucham muzyki, poczytam książkę albo obejrzę film. Prawda, wolałabym być teraz u Anitki na contemporary i u MJki na new age'u, ale taniec nie zawsze jest najważniejszy, pierwszy raz chyba muszę to przyznać. W życiu są też inne priorytety. Mój taniec musi poczekać do środy, no najszybciej do jutra :-).

Wiele było nut zeszłego tygodnia, ale w tym momencie przychodzi mi na myśl tylko jedna.



ja? nie.
ale Ty najwyraźniej tak.

        It's like you're screaming....
And no one can hear......
You almost feel ashamed
That someone could be that important
That without them you feel like nothingNo one will ever understand how much it hurts....
You feel hopeless
but nothing can save youAnd when it's over and it's gone
You almost wish that you could have all that bad stuff backSo that you could have the good.

Natalia

piątek, 30 września 2011

Cytryny



Słodkie cytryny, mówi się kiedy mówimy, że wolimy rzeczy, które są nie te, o których śnimy.


Wczoraj przybyłam do miasta G. jeszcze po ostatnią turę moich rzeczy. Kocham moje mieszkanko, i już nie mogę się doczekać jutrzejszego castingu i nowego sezonu w studio FPC. ;-) Czy na uczelnię mi się śpieszy ? A bo ja wiem, fakt. Moje mordki z chęcią zobaczę :). Ogólnie ogarniam już wszystko tak, by było zapięte na przysłowiowy ostatni guzik. Muszę jeszcze pojechać do Majka po moje rzeczy, które czekały na mnie całe lato w jej piwnicy :). Jak będę miała więcej wolnego czasu, to coś naskrobię.

N.

wtorek, 13 września 2011

bla bla

Dzisiejszy dzień minął pod znakiem zakupów. Ja i moja Jot znowu spotkałysmy się i przy okazji odchudziłysmy nasze portfele. Odbyły się dzis moje szkolne zakupy part.II ( nie wiem czy ostatnie). Należę do osób, myslę, że dobrze zorganizowanych. Zawsze lubię mieć pod ręką potrzebne rzeczy, dlatego, mając na uwadze to, co było mi potrzebne w ubiegłym roku akademickim i ile czasu zajmowało mi latanie do sklepu to po zszywki, to po segregator postanowiłam kupić wszystko na zas. ( Kurczę s z kreską mi nie działa, bo zainstalowałam nowy program komputerowy Stickers, i nacisniecie kombinacji s + alt powoduje, że odwiera mi się nowa karteczka;P ).

Odwiedziłam też z Jot księgarnię. Nie jeden raz pisałam już o tym, że jestem chora na książki i płyty dlatego wszelkie księgarnie, empiki są dla mnie rajem na ziemi. W przyszłosci chciałabym być bogata ( chyba jak każdy;P ), ale nie, nie tak obrzydliwie. Po prostu chciałabym, żeby było mnie stać na to, by każda dobra książka, którą lubię, mogła stać na mojej półce. Jest wiele pozycji na mojej liscie zarówno płyt, jak i książek, które grzecznie czekają na swoją kolej. Widziałam dzis na jednej z księgarnianych półek książki autorki, której nie znam, ale jutro chyba wrócę tam, chociażby po to, by zapisać sobie jej nazwisko. Książki ma piękne, w sensie okładki. Wiem, wiem, mama mówiła " nie sądź książki po okładce" ale jak książka w tak pięknej oprawie mogłaby być kiepska ? To chyba niemożliwe

wizualizacja mojej łazieneczki i sypialni, którą zrobiłam dzisiaj rano:).






poniedziałek, 12 września 2011

Moje gniazdko part I








Powyżej widać efekty mojej nudy. Mój humor dzis prawdę powiedziawszy kulał na jedną nogę, ale zdecydowałam, że nie pójdę spać. Nasze mieszkanko, tj. moje i MJ jest małe, ale cudne. Wszystko jest nowe, po remoncie, meble, AGD. Dodatkowo jest klimatyczne oswietlone punktówkami, co wieczorem wygląda dosć przytulnie. Na wizualizacji znajdują się dodatki takie jak książki, owoce, pomidory (za którymi nie przepadam;p ), swieczki, których w tym momencie nie ma w tym mieszkanku, ale które posiadam, bo jestem chora na punkcie dodatków :)! Uważam, że każde przeciętne miejsce może mieć styl, duszę i charakter. Wystarczy tylko kobieca ręka i trochę pomysłów.

Nie mogę się doczekać kiedy się wprowadzimy:) Czuję, że przez pierwszy tydzień lub dwa będę trochę sapała wchodząc na czwarte piętro, bo to nie lada wyczyn dla dziewczyny, która przez 20 lat mieszkała na parterze :). Ale to w sumie dobrze, kondycja będzie lepsza a i moja dupka na tym zyska :) Niedługo zapewnę zrobię jeszcze wizualizację łazienki i sypialni.:). Ogólnie na projekcie nie jest wszystko kropka w kropkę, wiadomo :) Szafa jest wbudowana z lustrami, ta typowo przedpokojowa to po prostu wysoka półka na buty ( mam nadzieję, że pomiesci nasze wszystkie buciki, bo samych adidasów mam tyle, że na palcach obu rąk nie zliczę :) ), półek przy lodówce nie ma, są za to wnęki, pomalowane na ten sam kolor, co kuchnia.

Co tu dużo mówić, zakochałam się w tym mieszkanku od pierwszego wejrzenia i mam wielką nadzieję, że będzie nam się tam dobrze mieszkało, uczyło i imprezowało :)

Miłego wieczorku,
N.


Retrospekcje

Byłam dziś z Jot ( od wczoraj 20letnią już ;) ) i z Bibi w Domu Kultury u naszej dawnej instruktorki. Wróciły wspomnienia :-), których nikt nam nie odbierze. Patrząc na dzisiejsze podwórka, nie widzę tych dzieci, jakimi my byłysmy. Każdego dnia dziękuję Bogu za to, że miałam tak wspaniałe dzieciństwo, mimo faktu, że dopiero teraz, z perspektywy czasu je doceniam. W Domu Kultury, choć bywało różnie, spędziłam większosć swojego dotychczasowego życia. Tak, to był dla nas drugi dom.

Obejrzałysmy urywki z naszych showcasów na festiwalu Fair Play Studio, masę innych na youtubie i przyznam, że wygadałam się za wszystkie czasy:). Zdecydowałysmy, że na dniach powracamy do korzeni i będziemy przez najbliższy czas do wyjazdu na uczelnię tańczyły klasykę. Kiedys nie doceniałysmy baletu, teraz widzę, jak wielką różnicę w tańcu robi to, czy ktos zna podstawy klasyki. Na prawdę, pojęcia, postawa to wszystko jest tak bardzo widoczne, że widać to gołym okiem. Taniec klasyczny uczy dyscypliny, panowania nad własnym ciałem, umysłem. Uważam, że to odgrywa bardzo ważną rolę w tańcu dojrzałego tancerza. I szczerze, może zapierałysmy się nogami i rękoma przed tym baletem, ale to było to, co robiłymsmy od 8 roku życia. Potem nadszedł okres gimnazjum, buntu i odejscia od baletu na rzecz new age'u i hip hopu. Wielki bum taneczny przez you can dance. I tak, fajnie, że ludzie dzielą naszą pasję, ale miałam wrażenie, że bynajmniej w naszym miescie bardziej chyba chodziło o sam szpan, niż faktycznie o taniec. Widać to najlepiej teraz, po dwóch, trzech latach na przykładzie choćby naszego Domu Kultury. Miałam nawet w związku z tym małą wymianę zdań. Otóż na naszym miastowym portalu dodany został post o warsztatach tanecznych, do którego załączono także zdjęcie z uczestniczkami. Patrzę... kilkanascie komentarzy, o super, wejdę zobaczę, co kto sądził o tym, co miało miejsce. A tam komentarze typu : O ja, ale wyszłam na tej focie... Następny: Ty, a spójrz na mnie... Itd, itd... Ma. Sa. Kra. :-) Uprzejmie napisałam do dziewczyn, że zamiast przejmować się pozowaniem, mogłyby napisać cos odnosnie wrażeń po warsztatach, jak było, czy im się podobało, czy było im trudno. Czy fajnie się bawiły. Z jaką opowiedzią się spotkałam? Przeczytałam, że po prostu zazdroszczę im, bo one są na zdjęciu, a ja nie... No tak, rozgryzły mnie dziewczynki :). Ale dzis po ich "tańcu" faktycznie....zostały ale tylko zdjęcia i pozy...

Gdzie są dzieci ? Gdzie jest młodzież? Co oni wszyscy robią? Siedzą w domu ? Czy interesuje ich tylko imprezowanie ? Czy na prawdę nie ma już prawdziwych pasjonatów tańcem? Czy wszystko jest tylko chwilowe, dla fejmu ? Nie wiem, i nie mam pojęcia czy kiedykolwiek dostanę odpowiedź na to pytanie. Jedno wiem. Dziękuję mojej mamie, że w pierwszej klasie szkoły podstawowej zapisała mnie na lekcje baletu. Miałam osiem lat. I dzis jako 20letnia, wciąż tańcząca dziewczyna nie żałuję ani jednego dnia. Bo w dużej mierze to, jaka jestem dzis, zawdzięczam temu, jak byłam wychowywana przez mamę i przez naszą instruktorkę, która była dla nas jak druga matka. I nikt mi nie powie, że w dzisiejszych czasach jest lepiej, faktyczne, jest więcej możliwosci... Szkoda tylko... że ludzie nie potrafią ich wykorzystać.


Ludki moje kochane! Apeluję, znajdźcie swoje prawdziwe JA i pielęgnujcie je w sobie i rozwijajcie, bo wspomnień nikt Wam odebrać nie może. Będą tylko wasze, kiedy zniknie wszystko to, co materialne :) !

Peace and love ! :)
N.

PS. jakos humor mi się zepsuł, może to przez niskie cisnienie, brzydką pogodę, a co za tym idzie mój ból głowy. Nie byłam na siłowni od czwartkowego wyjazdu do Białego, i dziś niestety też nie jestem na siłach. Pierwszy raz mówię: jutro.

PS2. Widzieliscie klip Kazadi ? Na prawdę wysokiej jakosci, i można go zestawić z zagranicznymi produkcjami, kawałek mnie nie ujął jakos nadzwyczajnie ale image Patrycji i klimat klipu pro :) !

Dobry czy zły ?

Wiem, że nie jestes zły, ale nie wiem też, czy jestes dobry...

niedziela, 11 września 2011

Chillouty, finanse i inne ważne sprawy;)

    Wczoraj wieczór raczej pod znakiem chilloutu ze znajomymi. Tak jak lubię: moi ludzie, dobra muzyka, piwko i grill. Poszły dwie Łomżyczki export i mimo niezbyt łaskawej pogody humor po prawie całym przespnaym dniu powrócił. Na prawdę nie interesowała mnie ta cała walka Adamka, kimkolwiek ten człowiek jest. Nie to, żebym nie miała szacunku dla polskich sportowców, wręcz przeciwnie, ale szczerze? Boks na prawdę mnie nie interesuje, i nie widzę potrzeby bicia się bez większego powodu przed oczami tysiąca ludzi. Tyle :-).Wsiadłyśmy do furki i pojechałyśmy pod klub. Wiało pustką, i powiedz mi, co tu robić w tym smutnym jak p**** mieście :-)? Jednak marząc o jakimś jednym smacznym kawałku weszłyśmy do środka by rozprostować kości. Kości może faktycznie rozprostowałyśy, i na tym by się skończyło. Z powrotem do auta, i o północy kierunek jezioro. Piękne mamy krajobrazy, choć jedno by się zgadzało. Kolejna wyprawa do Białego, choć bardzo krótka, bo trwała tylko jeden dzień, to w końcu była owocna. Mamy mieszkanie ! Jejku ! Jak ja kocham moje mieszkanie, pomijając fakt, że byłam w nim maksymalnie 15 minut. Nie oczekiwałam pałacu, ale pałac dostałam. Zawsze lubiłam takie klimatyczne, ciepłe miejscóweczki, a teraz sama taką będę miała :) ! Zieleń ścian, bakłażanowe wnęki, barek przy którym rano będę jadła płatki, a wieczorem robiła drinki. Cudo. Łazienka jak z gazety. Dzięki Bogu, że w tym roku chociaż o odpadające kafelki nie będę musiała się martwić :-).  Kupimy sobie z MJ stylowe kieliszki z barwionego szkła do czerwonego wina ( ponoć wino pije się wyłącznie w czystym szkle, ale co mi tam ! nic mnie nie powstrzyma przed zakupem tych małych cudeniek) i będziemy oglądały w weekendy romansidła owinięte kocykiem ! W końcu mogę spać spokojnie, a przyznam szczerze, że dużo wysiłku i nerwów nas to kosztowało. Byłyśmy już tak poirytowane całym tym szukaniem, oglądaniem, odmawianiem, że zaczęłyśmy walczyć ze sobą wzajemnie. Dodatkowo ta odległość... I zamiast szukać kompromisu, to każda sobie na przekór, ale bywa i tak :) Niestety.
    Dwa ostatnie tygodnie stały pod znakiem wielkich zakupów i odwortnie proporcjonalnej ilości pieniędzy. Ale mam wszystko ( praktycznie wszystko oczywiście ) co chciałam. Przed moimi drzwiami stoją bialutkie Air Force One'y, w szafie wisi moja osobista bluza FP, w końcu kupiłam sobie porządną torbę Adidasa, za którą, tak jak przypuszczałam więcej zapłaciłabym w sklepie niż na Allegro. Więc troszkę pieniążków ocało :). Uwielbiam robić zakupy w centrach handlowych, ale jeżeli kupno czegoś nie obejmuje mierzenia, śmiało korzystam z Allegro. Przede wszystkim konkurencyjne ceny, wszystko w jednym miejscu, większy wybór :-). Tak czy siak, nie oparłam się przed wejściem do Adidasa. Po 5 sekundach, mimo że zaoszczędziłam na torbie, pożałowałam, że mój but tam stanął. Dlaczego!! Bo zobaczyłam z MJ cudowną baseballówkę. Różowo-błękitna. Piękna. Bardzo podoba mi się ten typ kurtek/bluz. Bo tak bardzo kojarzą się ze Stanami i Collegem. Jednak chyba będę musiała postawić na inną markę, bo nie stać mnie na zakup owej kurtki za (bagatela;P ) około 380 polskich złotówek. Ma. Sa. Kra. Ale nie martwię się, nie umrę bez niej :-). Zostało mi jedynie znalezienie jakichś wszystkoodpornych butów na zimę. Dzięki Bogu kurtki na kilka lat mam z głowy, bo w tamtym roku zakupiłam 3! kurtki w Croppie. Rozważałam też kupno roweru żeby choć częściowo uwolnić się od tak beznadziejnej białostockiej komunikacji miejskiej. Jednak rozważania nad zakupem takowego roweru poczekam do wiosny, bo choć dziś od rana świeci słońce, to czuję, że wielkimi (bardzo wielkimi) krokami zbliżamy się do zimy !
    Jakie plany na dzisiaj ? Nie mam zielonego pojęcia, wiem jedynie, że muszę poinstalować programy na mojego nowego Della. Kochani ! Nie znacie dnia ani godziny. Zgrywajcie ważne dla siebie pliki, by uniknąć płaczu i zgrzytania zębów w razie gdyby Wasz sprzęt zaniemógł tak, jak mój. Otóż miesiąc przed sesją padł mi dysk twardy, moje wszystkie projekty, niezliczona ilość gb muzyki, zdjęcia z kilku lat poszły się je.... :). Przepłakałam kilka nocy, przebolałam utratę wszystkiego!! po czym kupiłam nowy dysk. Ale kilka miesięcy później ( trzy lub cztery) padła mi płyta główna! Tak... jak nie urok to sraczka. Stwierdziłam, że nie mam już siły na kupno nowej płyty głównej, ponieważ zapewne w niedalekiej przyszłości padłoby mi coś innego :[ Więc z wielkim bólem serca wydałam niemałe pieniądze na nowy laptop. Teraz pozostało mi tylko kupno przenośnego dysku, który będzie moja asekuracją, gdyby ( nie daj Boże) mój Dell odmówił posłuszeństwa.
      N.

    piątek, 9 września 2011

    dźwięki życia



    Jak nazywa się Twój ulubiony kawałek? Czy znasz jego słowa na pamięć ? Czy na samą myśl o nim słyszysz w głowie melodię, każdy bęben, stopę?

    Obejrzałam ten klip i z począktu myślałam, że chłopak tańczy... Dopiero kilkanaście sekund później zorientowałam się, że on "miga". Nie jestem muzykiem, ale uświadomiłam sobie, że moje życie bez muzyki byłoby takie... beznadziejne ! Muzyka raz dodaje energii, raz pozwala się zrelaksować, innym razem skłania do refleksji. Zresztą... muzyka to pół, a może nawet 3/4 mojego życia, bo bez muzyki nie było by tańca. A to byłoby równoznaczne z tym, że nie wiem kim byłabym dzisiaj, gdyby nie taniec.

    Dziwnym trafem, kiedy jechałam do Białegostoku ( kolejny raz w tym tygodniu !! ) obok mnie siedziały dwie głuchonieme dziewczynki. Porozumiewały się językiem migowym, albo pisały sobie smsy. Wtedy w głowie odpalił mi się powyższy klip, i pomyślałam sobie: Jak to jest nie słyszeć? To jak żyć w grze z trybem volume off. Wieczna cisza. Niesłyszysz śmiechu, krzyku, zbliżającego się niebezpieczeństwa, dzwoniącego telefonu. Właśnie, nie możesz rozmawiać przez telefon ! Nie chodzisz na dyskoteki. Na koncerty. Nigdy nie usłyszysz cudownego głosu Adele czy Beyonce. Nie potrafię sobie tego wyobrazić.

    Każdego dnia doświadczamy miliona cudów. I jesteśmy przy tym tak cholernie niewdzięczni, nie zdając sobie z tego sprawy.

    poniedziałek, 5 września 2011

    Spotkaniec.

       
      6.34. Zamknęłam drzwi od naszego mieszkania na dolny zamek ( ponoć słowo "zakluczać" nie istnieje =), tak przynajmniej twierdziła moja anglistka ).  Odwróciłam się plecami do numeru dziesiątego, chwyciłam rączkę od mojej fioletowej walizki i zaczęłam schodzić po schodach. Po ponad trzy godzinnej podróży, mój but ponownie stanął na chodniku, jednym z tych niezliczonych kilometrów, jakie znajdują się w Białymstoku. Podróż nie dłużyła mi się z jednego powodu, właściwie to pierwszy raz zapragnęłam by trwała nie trzy, a z dziesięć godzin. Powód ten ma nawet imię i około 1,85 wzrostu. Ale nie o tym dziś, tu. 
      Kiedy zobaczyłam moje dziewczynki serce mi się uradowało, po tak długiej, wakacyjnej rozłące.  Jak dobrze jest wejść do studia, które niezaprzeczalnie należy do miejsc, gdzie wszystko jest możliwe, gdzie spełniają się marzenia, rosną skrzydła. Gdzie pot i łzy niejednokrotnie płyną litrami, ale także gdzie słychać dobrą muzykę, i rytm płynący prosto z serca. 

      Włożyłam swoje miętowe dresy, adidasy i poszłam na Białą. I nagle, TEN moment upojenia. Dla jednego jest to haust powietrza w górach, gdzie powietrze jest zimne i orzeźwiające. Dla drugiego jest to sekunda, kiedy stoisz przed lustrem, patrzysz prosto w oczy, ale nie komuś, sobie. I wiesz TO. Wiesz, że dasz radę. I w sercu krzyczysz : Chwilo, proszę, bądź wieczna !

      5....
      6....
      7....
      8....
      I WCHODZISZ !  Twoje ciało robi to, co dyktuje głowa i serce. Odtwarza choreografię, w której ułożenie ktoś być może włożył pół, a nawet całe serce. Obraz, który posiadał w głowie staje się rzeczywisty. Wiesz jakie to uczucie, kiedy ktoś tańczy tak, jak Ty mu zagrasz =)? W tym przypadku jednak nie jest to, broń Boże, negatywne stwierdzenie.  To ekranizacja Twojej ulubionej książki, ale w najlepszej okazałości.  Ktoś robi coś tak, jak Ty tego sobie zażyczyłeś. I co więcej, robi to z przyjemnością.  Tak. To właśnie Taniec. Właściwie, to jedna z wielu twarzy Tańca. Odtwarzanie choreografii i wkładanie w nią serca to nie lada wyczyn, ale jeszcze większej siły i odwagi wymaga taniec improwizowany. Wyłączenie głowy, i tańczenie w taki sposób, jaki dyktuje Ci serce.

      Co ja bym w swoim życiu robiła gdyby nie Taniec? Kim byłabym dzisiaj? 



       










    niedziela, 28 sierpnia 2011

    Stranger.mp3



    Po wczorajszym koncercie dziś rano otwarcie oka było nie lada wyczynem. Nie wiedziałam czy wstać czy leżeć - obie opcje nie były w stanie złagodzić tanga w moim żołądku :-). Wczoraj nikt nie mógł nas dosięgnąć, byliśmy ponad :-) i to dosłownie.


    A teraz po wczorajszych chwilach spontaniczności, zabawy, nieobliczalności potrzeba mi trochę ładu. Wzięłam kąpiel, o ile kąpielą nazwać można ilość wody mieszącej się w czterech garnkach. (od ubiegłej środy do następnej cierpię na deficyt bieżącej ciepłej wody). Łączę się w bólu, choć mój ból jest kroplą w morzu, z tymi którzy nie posiadają ciepłej wody, mimo XXI wieku. A tym bardziej z tymi, którzy wody tej nie posiadają wcale. Nie wyobrażam sobie życia bez wody. Wczoraj kiedy po wyjściu z siłowni poszłam pod prysznic i okazało się, że nie ma wody myślałam, że umrę. W przenośni. Co miałam zrobić? Wzięłam ręcznik, polałam resztką Cisowianki i jakoś poszło, ale nie wyobrażam sobie czegoś takiego na co dzień. Panie Boże dziękuję Ci za dar jakim jest woda ! Nic tak nie smakuje jak woda po przebiegniętych kilometrach. 

    Znowu zboczyłam z tematu. No więc, skończyłam na tym, że wzięłam kąpiel. Potem doprowadziłam się do stanu używalności. Przeglądam strony w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby zachwycić moje obojętne ostatnio serce, słucham Jhene Aiko. Zatemperowałam wszystkiego moje ołówki, moje kredki i czuję, że to dziś. Nie wiem jeszcze, czy wyjdę w plener, na taras czy będę siedziała w Pomarańczarni owinięta kocem. Bądź co bądź - to dziś. Niezależnie od formatu. Muszę się streszczać póki światło jest dobre. Nie na moje oczy już praca po zmroku, a pomyśleć, że mam tylko ( może aż ? ) 20 lat. Olśniło mnie nawet i włożyłam okulary, co rzadko mi się zdarza, na prawdę. Poukładałam płyty, starłam kurz, a teraz oglądam Netbooki i chyba zdecyduję się na Asusa Happy 2  w kolorze Strawberry Joghurt :-). W planach po wypłacie mam jeszcze zakup Air Force One'ów, bluzy FPC, i torby treningowej, bo stara jest zdezelowana a ja, jak to bywa z kobietami, w zwykłej torebce nie mogę pomieścić rzeczy na trening. 

    Odnośnie moich własnych treningów, mam wrażenie, że jest coraz lepiej, efektów jeszcze nie widać, bo co można widzieć po półtora tygodnia. Faktycznie, czuję, że mam coraz lepszą kondycję, wydolność. Ale szczerze ? Na bieżni przebiegam 4 km bez przerwy, a w plenerze nie wiem, za szybko się poddaję. I w ciągu ostatnich dniach przekonałam się, że to nie moja kondycja fizyczna, to moja kondycja umysłowa. Zawsze biegam kiedy mi źle, albo odwrotnie kiedy mi zajebiście dobrze. I to może te moje myśli plączą mi nogi ? Praca nie jest najcięższa. Najcięższa jest praca nad samym sobą. Ta cisza, kiedy zostajesz sam na sam ze swoimi myślami i nie możesz ich odpędzić. Nagle zapominasz o oddychaniu, o tempie, dostajesz kolki, sucho Ci, a po twarzy płyną stróżki potu. Najciężej jest zostać własnym panem. I wygrać ze swoimi słabościami. :-)



    Znienacka, przynajmniej dla mnie to było zaskoczeniem, nie wiem jak dla organizatorów okazało się, że 1wszego i 3go mamy pokaz naszego studia na Rynku Kościuszki. Serdecznie zapraszam do obejrzenia i do zapisywania się na zajęcia :-) Nie wiem jeszcze, czy będziemy mieli jakieś większe próby, czy po prostu przed wyjściem markowanie i na żywioł. Nie mam pojęcia ani ja, ani co gorsze chłopacy. Wyjdzie na dniach, co nie cieszy mnie zbytnio, bo jestem w G. i miałam jeszcze obskoczyć parę miejsc, np lekarzy i pozapinać wszystko na ostatni guzik przed nowym semestrem. Może to i dobrze z drugiej strony, pomogę mojej MJ szukać naszego nowego gniazdka. Swoją drogą, strasznie szybko zleciały te wakacje, nie wiem, może dlatego, że pracowałam ? Nie mam pojęcia. 

    Ładuję ostatni odcinek pierwszego sezonu Gotowych na Wszystko, kończę swoje pedantyczne sprzątanie i zabieram się do rysowania. 

    Ciao. N. 


    wtorek, 16 sierpnia 2011

    Wróciłam właśnie od mojego Rudzielca. Włączyła mi swoją cudowną muzykę, zjadłam 2 kostki czekolady i zasnęłam otulona jej kocem. Zamiast ją pocieszać, sama zaczęłam rozmyślać o tym, czego ja chcę. Stwierdziłam, że dawanie rad komuś często jest łatwiejsze niż słuchanie. Ale kiedy tak było? Kiedy nie miałam świadomości, że ja najzwyczajniej się na tym nie znam. Nie mogę radzić komuś bo sama jestem beznadziejna w te klocki. Prawda. Czy ja posłuchałabym swoich własnych rad? Najgorsze może nie są, ale jeżeli serce nie chce współpracować na nic przydadzą się rady.

    Wczorajszy wieczór spędziłam oglądając samotnie Sex with benefits z Milą Kunis i Justinem Timberlake'm. Jak sam tytuł mówi - jest o przyjaźni z pewnymi korzyściami;-)


    Plany na dzisiejszy wieczór ? Chyba obejrzę sobie odcinek Gotowych na wszystko. I think.
     Poza tym, uskuteczniam pracę nad moim własnym ja. Zewnętrznym i wewnętrznym. Zobaczymy, co się z tego urodzi.




    niedziela, 14 sierpnia 2011

    Pewnie gdzieś mamy czas i miejsce,
    W ktorych razem, jestesmy, czytamy gazete i pijemy kawe.

    Nie dajesz kwiatów, bukietow, slodyczy
    I nie zawsze moge liczyc,
    Że na umowione spotkanie dojedziesz Kochanie.




    sobota, 30 lipca 2011

    Thank God it's Friday !

    To był mega ciężki tydzień dla mnie. W znaczeniu zarówno fizycznym jak i psychicznym. Moja praca szczerze mówiąc wykańcza mnie. To z pewnością ciężki kawałek chleba, ale nie mam chyba za bardzo innych opcji. Muszę zacisnąć pięści i dać radę. Bo jak nie ja, to kto ? Pracuję w normalnym wymiarze pracy, 40 godzin tygodniowo. Jednak praca w fabryce do łatwych i przyjemnych nie należy... Jest mi ciężko, nie tylko fizycznie, co związane jest z noszeniem w jedną i w drugą ciężkich pudeł, ale męczy mnie też ta rutyna. Liczenie, przekładanie, foliowanie, pakowanie. Ta praca nie jest rozwojowa, nie rozwija człowieka. Może kształtuje tylko charakter człowieka. Uczy wytrzymałości, wytrwałości, cierpliwości. Nie, nie chcę narzekać. Wiem, że przyzwyczaję się. Na początku ogromnym problemem były dla mnie opuchnięte nogi od stania 8 godzin. Myślę, że o niebo lepiej pracowałoby mi się, gdybym mogła słuchać muzyki, ale raczej nie mogę, a już na pewno nie zapytam o to, żeby przypadkiem nie zostać skrócona o głowę. Powiesz, mogłam znaleźć inną prace? Mogłam, i szukałam. Ale nic z tego. Miałam 2 oferty z Gdańska, ale już po przyjęciu obecnej posady.

    Mam fajną perspektywę na przyszłe wakacje. Jak zrobię sobie dodatkowo studium fryzjerskie salon Leszka w Gdańsku stoi dla mnie otworem, z czego bardzo się cieszę. Życie jest takie krótkie, a ja chciałabym robić tyle rzeczy ! Być tancerką, fryzjerką, architektem. Jest tyle cudownych zajęć. Lubię poleżeć pępkiem do góry, ale leniem nie jestem. Wiem, co to ciężka praca. Nie dostałam w życiu niczego za piękne oczy, na wszystko co mam pracowałam w pocie czoła. Dlatego mam życiowe ambicję, chcę skończyć studia i mieć pracę. Tak, to prawda - żadna nie hańbi. Ale myślę, że jesteśmy warci czegoś więcej niż najniższa krajowa za najcięższą pracę.

    Wczoraj chciałam wyszaleć się i z uśmiechem na twarzy stwierdzam: mission completed. Świetni ludzie & świetna muzyka <3. Czego chcieć więcej w piątkowy wieczór?

    Dzisiejszy cały dzień obijałam się, ile wlazło. Spanie, film, spanie, film. O taki czill. Obejrzałam Kac Vegas II. Był okej, ale jedynka bardziej mi się podobała. Teraz piję gorącą czekoladę i słucham najnowszej solówki Mesa.

    wtorek, 26 lipca 2011


    Serce niewierne, nie jest warte jakiegokolwiek daru. Chyba, że innego, niewiernego serca

    sobota, 23 lipca 2011

    Dlaczego uciekłam ?




    Dlaczego uciekłam ? 

    Pharrel śpiewa 

    If something's yours and you let it go if it comes back to you it was yours all along





    Bałam się kolejny raz stwierdzić, że to nie to. Więc się wycofałam. Bo nie szukam kogokolwiek. Nie zamierzam zadowalać się byle czym i byle kim. Tym razem chcę być pewna, że będzie dobrze, na pewno nie gorzej niż w życiu miewałam. Chcę mieć pewność, że wszystko będzie na miejscu, tak jak być powinno. 
    Jeżeli komuś zależy, to odrzuca swoją dumę i bezkompromisowość. Wolę samotność niż coś na niby. Nie zamierzam tracić bezsensownie czasu, na kogoś, kto być może nie będzie miał go dla mnie.  Nie chcę tracić czasu na kogoś, kto nie wie czego chce. Byłam w związku, który jako tako trwał półtora roku. Ale pozwoliłam sobie odjąć całe dziesięć miesięcy, kiedy mnie oszukiwałeś. I co nam pozostało? Prawie nic. Tak pięknie mi kłamałeś:-)  Brawa dla mnie, ale większe brawa należą się Tobie. Bo oprócz oszukiwania mnie, oszukiwałeś samego siebie.  Ale nie przejmuj się. Ja już wiem, że do życia niezbędny jest tylko tlen. Nic na siłę. 




    Ja wiem czego chcę. Zawsze to wiedziałam. Przyszły rok poświęcę na siebie. Na to co kocham, czyli na taniec, i na to, co zapewni mi przyszłość czyli naukę. Zawsze rezygnowałam ze wszystkiego, ze spotkań z koleżankami, z pasji, z obowiązków. Leciałam jak pies z językiem na brodzie. Ale to nie jestem już ja. To nie ja.


    Natalia

    piątek, 15 lipca 2011

    Grown woman




    Ostatnie dwa dni dały mi w kość. Były zły, był krzyk, była złość, był smutek. Ale wraz z upływem czasu emocje znalazły ujście i jestem jako tako zrównoważona. Przynajmniej dzisiaj. Modlę się o pracę. 

    To zaskakujące, jak jeden sms, kilkadziesiąt znaków potrafi poprawić, albo znaczenie pogorszyć humor. Czasami wolałabym nie wiedzieć... bo czego oczy nie widzą tego sercu nie żal, prawda? Dziś oboje jesteśmy gdzie indziej, inni, z innymi. Może dojrzeliśmy, może nie. Bądź co bądź, każde zrobiło krok na przód. Przychodząca wiadomość sprawiła, że oczy zaszkliły mi się łzami. Nie łzami żalu. Łzami złości. Nie wiem czy skierowanej w Twoim kierunku, czy w kierunku mojej osoby. Zaczęłam myśleć zbyt szybko, zbyt intensywnie, co sprawiło, że ucierpiała na tym moja dusza i moja samoocena. Ale mój rozsądek znowu do mnie wrócił. Przecież to nie przeze mnie.Nie pozwolę nigdy więcej, by ktoś zburzył moje poczucie własnej wartości. 

    Ostatnie dwa dni wczuwam się w nową płytę Beyonce, a dziś  w Kelly Rowland. Masa dobrych kawałków, masa inspiracji. 

     I dont got the time to play high school.
     You need to get on my level, 
    'cuz right now you just look like a fool.





    I WAS HERE.
    I LIVED.
    I LOVED.









    Szukam inspiracji na nową fryzurę.

    Natalia

    czwartek, 7 lipca 2011

    Where is the love?



    Myślałaś kiedyś o tym, że.....Co ja się pytam. Oczywiście, że myślałaś. Każda z nas to przeżyła. Kiedy kończy się w nas odwaga, a zaczyna strach? Odwaga do podejmowania nowych znajomości, odwaga do ponownej walki. Walki o marzenia, przyszłość, miłość. Gdzie zaczyna się strach, co ma wielkie oczy ? Strach przed kolejnym fiaskiem, niepowodzeniem, odrzuceniem.

    Mówi się, żeby nie wchodzić drugi raz do tej samej rzeki. Nikt nas do nich nie pcha. Same się topimy, na własną prośbę. Przyzwalamy na to, by trzymano nam głowę pod taflą wody. I nawet nie walczymy, by się ocalić. Rzucamy się na głęboką wodę, a potem łapiemy jak tonący brzytwy.

    A gdyby tak....zamiast skakać w nieznane głębiny, wchodzić powolutku od samego brzegu. Zdaje nam się, że umiemy pływać, odbić się od dna. Ale nie zapominajmy o środkach ostrożności (Czyt. koło ratunkowe). Nie palmy za sobą mostów, przecież gdyby się paliło - musimy jakoś zawrócić, prawda?!  

    Może masz już za dużo lat. (Nie masz, ale tak uważasz.). Koleżanki dookoła mają chłopaka, narzeczonego, być może męża. A Ty? Ty jesteś zmęczona kolejną porażką. Nie masz siły już szukać. Więc się poddajesz. Albo oddajesz swój własny los w cudze ręce. Bo sama nie wiesz co robić. Nie pozwólmy ludziom wybierać za siebie. Koleżanki mówią, że to nie chłopak dla Ciebie. Nie słuchaj ich. To będzie Twój związek, nie ich. Fakt, nie można też być zaślepionym, co to, to nie. Opinia bliskiej osoby może pomóc spojrzeć na kogoś obiektywnie. Bo bądźmy szczerzy - kiedy w grę wchodzą uczucia obiektywizm nagle znika. I nie wiadomo już, co jest prawdą, a co same sobie wmówiłyśmy. 

    Tracisz go. Potem płaczesz. I myślisz, że umierasz. Ale nie umierasz, umieranie byłoby zbyt łatwym wyjściem.  Cierpienie w samotności jest większą męką. To jak rozjuszenie niezagojonej rany. Miłość życia okazuje się nie być miłością życia. Prawdziwy przyjaciel okazuje się nie całkiem prawdziwym przyjacielem. I nagle kolana się pod Tobą uginają.


    I kiedy dociera to do nas, co robimy? Łapiemy się brzytwy. A) albo ciągniemy coś bez sensu albo B) pocieszamy się czymkolwiek, ewentualnie kimkolwiek. Prawda? Źle! Wiem, rozumiem. Ja też mam dni desperackiej potrzeby przytulenia się do kogoś. Nawet do kaktusa. Ale co Ci to da? Myślisz, że zapomnisz? A no tak, zawsze można się upić, wyrwać kogoś na jedną noc, wmawiając sobie, że to taki Twój substytut miłości. Pociesz się, pociesz. Ale następnego dnia, będziesz czuła się tylko gorzej. Bo chciałaś oszukać własne serce, oszukać samą siebie. Gratulacje.

    Nie czuj się gorsza przez to, że coś Ci się nie udało któryś tam raz. Najczęściej wina leży po obu stronach. No dobra - dla Twojej otuchy dodam, czasem zdarza się, że szala przechyla się zdecydowanie na jedną stronę. Fakt. Ale wracając do tematu. Nie możemy czuć się gorsze. To on traci.  I z takim nastawieniem powinnyśmy po upadku podnieść się w górę. Tak wiem - pisze to Natalia, która zawsze płacze jak dziecko.
    I dobrze, a sobie płacz babo, łzy oczyszczają i przynoszą ulgę. Krzyczenie, wrzaski i walenie pięściami  też jest dozwolone o ile pomoże Ci to wyzbyć się zbędnych emocji. Mówią, że na starą miłość najlepsza jest nowa. Ale czy to jest fair? Wobec nowego jego, wobec Ciebie ? Nie. Nie całkiem. Bo całując go, całujesz jego. Patrząc na niego, widzisz jego. I nic nie jest takie jak powinno być. Nie pchaj się z deszczu pod rynnę. Daj sobie czas. Nie śpiesz się. Bez przesady... nie jesteś chyba aż tak stara, żebyś słyszała tykanie Twojego biologicznego zegara. A kiedy już zrozumiesz, przetrawisz całą sytuację, któregoś dnia obudzisz się. Obudzisz się ze świadomością, że dojrzałaś do kolejnego kroku. Do kolejnego kroku, ale w zupełnie nowym kierunku. Jabłko będzie smakowało tak, jakbyś jadła je po raz pierwszy w życiu. A nie jak jabłko, jedne z tysiąca innych jednakowych.;-)

    Próbujmy tysiąc razy, choćby miało się nie udać. Za tysiąc pierwszym razem to może być On :-)



    Amen :-)
    Natalia.