poniedziałek, 7 listopada 2011

07.11.11

Skończyło mi się multi, a co w za tym idzie, mam trochę więcej wolnego czasu. Mocno podkreślam TROCHĘ. Na uczelni dzisiaj spięłam  trochę dupkę, zaczęłam robić szczegółowe obliczenia do projektu mojej plantacji. Fajni prawda:)? Zaczyna się prawdziwa zabawa w najprawdziwszego architekta, z robieniem najprawdziwszych kosztorysów, obliczaniem płacy dla najprawdziwszych robotników, używając przy tym najprawdziwszych maszyn. Niewiele osób traktuje to poważnie, ale zachodzę w głowę dlaczego ? To nie jest już gimnazjum, że ktoś karze Ci chodzić do szkoły. To jest uczelnia i kierunek, który sam sobie wybrałeś. Wiadomo, w życiu różnie bywa, i nie zawsze dostajesz się na to co chcesz, ale wnioskuję, że raczej nikt nie składa papierów na studia np. matematyczne jeżeli matmy nie lubi, prawda? Fakt, sama często jestem zmęczona, mam na wszystko totalnie wywalone, ale w gruncie rzeczy dochodzę do wniosku, że to ile teraz wyniose z uczelni, zaowocuje w przyszłości. Od tego zależy w dużej mierze to, jakim architektem zamierzam być. Dobrym, pracującym w zawodzie, czy złym wykładającym chemię w spożywczaku. :)



Teraz siedzę sobie w kocyku, piję zieloną herbatkę, słucham nowej płyty Florence and The Machine. Wczoraj też stwierdziłam, że czas na przesłuchanie nowej płyty Izy Lach, i nowego odkrycia na muzycznym rynku Foster The People, których kawałek " Pump up kicks" jest dla mnie połączeniem tego,  co najbardziej cenię. Tekst i dobra muzyka. A więc słucham sobie tej muzyki i rozmyślam o Fairplaynivalu. To daje mi nowe szanse, na walkę o swoje i na pokazanie się od jak najlepszej strony jako tancerka. W listopadzie odpuszczę sobie multi, z braku finansów, ale myślę, że w grudniu i styczniu, kiedy dostanę już stypendium z uczelni mogę śmiało ruszać na wszystkie zajęcia w studio. Korzystałam z tego karnetu już w październiku, i powiem wam, że chociaż suma nie jest mała, nie jest też super wygórowana, jeżeli podzieli się ją na liczbę wszystkich odbytych zajęć. Chociaż nie korzystałam ze wszystkich możliwych zajęć, ze względu na moje uczelniane zajęcia to i tak stwierdzam, że warto było. Brałam lekcję u ludzi, których podziwiam i cenię, jako tancerzy.




W piątek miałam straszny dzień. To był jeden z tych przecholernych, felernych dni. Byłam mega zmęczona, zasypiałam na ostatnim wykładzie. Ogólnie to brak wigoru, senność, głód i wszystkie możliwe dolegliwości towarzyszące kiepskiemu dniowi. Wróciłam do domu, spakowałam torbę na trening, i w związku z kiepskim dniem, brakiem czasu nałożyłam moje ukochane a.f.one. i poszłam żwawym krokiem na przystanek. Jak to przeważnie bywa, mój ukochany autobus stał sobie gdzieś w korku, podczas gdy ja miałam już pot na plecach, mając na uwadze fakt, że musiałam się jeszcze przesiąść w kolejny, żeby dojechać do studia, a dopasowałam oba na tak zwany styk. Mój super autobus dojechał z 10 minutowym opóźnieniem, w związku z czym nie miałam już co liczyć, że zdąrzę na kolejny. Szłam przez park przy Białce tak wkurzona, że gdyby nie moje słuchawki to pewnie para leciała by mi z uszu, tak jak w bajkach, bo gotowałam się ze złości. "Nie wydam kolejny raz dychy na taksę, o nie"  - pomyślałam sobie, wspominając widok uciekającego mi z przed nosa autobusu, i bezsilność w związku ze szpilami na nogach... . Trening zaczynał się o 18:10. Kolejny autobus o 18:12, z 7 minut jazdy, z 3 na przebranie się. Czyli bankowe spóźnienie. Wpadłam do szatni jak burza, przebieram się. Nie jest źle, nie jestem ostatnia. Włosy w kucyk, woda pod pachę i goł na białą. Szybko kładę się na podłogę, może nikt nie zauważy naszej nieobecności;P ominęły mnie brzuszki, ale kolejne ćwiczenia robię już z sumienną dokładnością.



S. zaczyna nam pokazywać chorełkę. Nie jest zbyt ciężka, ale damn ! nie mogę zebrać myśli. Po chwili przerywa kroki i sam zauważa fakt, że wszyscy jesteśmy lekko niedzisiejsi. " Taki dzień" - mówię. Po upływie pół godziny jednak wczuwam się na maksa, i mam chorełkę w garści. Parę momentów niepewności, ale nie stoję jak nieporadna ciotka, podnoszę rękę, pytam, dostaję dokładną odpowiedź. Jest muzyka, lecimy dalej. Wałkujemy cięższy muzycznie fragment, nazwany na poczekaniu Trójeczką.  Nim się obejrzałam, zajęcia powoli dobiegały końcowi, mój dość kiepski humor zastąpiła niesamowita energia. 

Zostajemy podzieleni na trzy grupy, tak by łatwiej było nas ogarnąć wzrokiem. Jestem z trójkami. I nagle czuję te oczy, stres. Szczerze? Tak bardzo tego nie lubię, o ile świetnie tańczy mi się w zwartej grupie, dobrze na pokazach, gdzie patrzą na mnie niezliczone pary oczu, których nie widzę, nie znam, tak nie idzie mi kiedy patrzą na mnie twarze, które znam, które znają mnie, które mnie oceniają. Cała
choreografia odpłynęła. Faaaaaaaaaaaaaaaaak. Czuję wstyd, rumieńce, ale nie stoję, dalej walczę i próbuję skleić do kupy jakoś fragmenty, które jeszcze przed 2 minutami mogłabym tańczyć z zamkniętymi oczyma. No nic, będziemy tańczyły jeszcze raz. I znowu to samo. Czuję falę gorąca, nerwowy pot. W sumie nie ma czego się stresować, to moja grupa, moja ekipa. Ale jednak, nie lubię nie mieć czegoś pod kontrolą. Siadamy wszyscy pod lustra. S. wybiera najlepszą wg. niego w tej choreografii szóstkę. Siedzę zła pod lustrem, zła na siebie. Bo nie dałam z siebie na koniec wszystkiego, choć w trakcie zajęć rozluźniłam się i wczułam się w choreo całym ciałem i sercem. Nie wybrał mnie, rozumiem. Nie szło mi dobrze w mniejszych grupkach, właściwie to wcale mi nie szło.

Przed włączeniem piosenki mówi nam, jak ważny jest rozwój, pięcie się do góry w życiu tancerza. Że wybrał osoby, które nie odtwarzały choreografii kropka w kropkę, lecz dodawały swojego stylu, pokazywały emocje. Mówi jeszcze wiele rzeczy, w które się wsłuchuję. Mój wzrok utkwiony jest w podłogę, jest mi wstyd.  Nagle przerywa, słyszę " Jeszcze Ty" dalej patrząc na buty wybranych. Jestem nieobecna. "Ty". Dalej nic. " NATALAA! ". Co ? Ja ? " Tak, Ty. Rusz dupkę". Ale ja się mylę... " Ojej to straszne:-)"

Nie mogę uwierzyć, że słowa kierowane są do mnie, ale jeżeli dano mi szansę, korzystam. Już z większą pewnością siebie wychodzę na środek, tańczę tak, jak czuję. I wiesz co czuję? Czuję szczęście. Że ktoś mnie docenił. Nie ma chyba wspanialszego uczucia. Potem znowu siadamy pod lustra i padają słowa: motywacja, dążenie do celu, słuchanie ciała i serca. I stwierdzenie, że jeżeli jedno państwo robi bombę atomową, inne też powinny taką mieć w zanadrzu, choćby dla własnego bezpieczeństwa.

To był dobry trening. Pokazał mi, że taniec, mimo wielu łez, jednak jest wielką częścią mojego życia i potrafi zamienić mój podupadły humor do tego stopnia, że wracam do domu kiedy jest już ciemno, i wracam spocona, zmęczona, ale uśmiechnięta.

Każdemu w życiu życzę takiej pasji, która będzie leczyła duszę.



Natalia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz