sobota, 23 lutego 2013

The year of 22

Post ten miał powstać już  z milion razy. Miałam go pisać w Nowy Rok, później w moje 22 urodziny ale tak oto jest on pisany 10 dni po nich, ze względu na to, że kiedy myślałam o jego utworzeniu, albo ktoś wyciągał mnie z domu, albo nie miałam dostępu do internetu, albo jak w sytuacji sprzed tygodnia - komputer spadł mi z mojego super rozkładanego łóżka i się najzwyczajniej w świecie zepsuł, co w sumie u mnie jest dość pospolitym zjawiskiem.

Co do postanowień noworocznych... [ Tak wiem, mamy już końcówkę lutego ;P, ale nie pisałam o tym wcześniej :) ]. W tym roku, być może tak jak i w poprzednich zamierzam bardziej dbać o siebie. O swoją duszę i ciało. Jeżeli o ciało chodzi, kroki ku jemu lepszej kondycji poczyniłam 11 stycznia, kiedy tylko minęło mi jakże upierdliwe przeziębienie. Otóż od tego dnia, z mniejszymi bądź większymi przerwami ćwiczę z Ewą Chodakowską i oczywiście Elą. Usłyszałam o niej [ o Ewie Chodakowskiej] od moich koleżanek. Jak na XXI wiek przystało, skorzystałam z wyszukiwarki Google, a także  Facebooka, i tak o to znalazłam się na Facebook'owej stronie Ewy. Miliony motywujących obrazków, zdjęcia dziewczyn przed i po metamorfozie, sprawiły, że nie mogłam nie podjąć wyzwania. Razem z moją Elcią po długich poszukiwaniach siłowni idealnej [ czyli takiej która jest a) niedroga b) niedaleka c) fajna ] stwierdziłyśmy, że pieniądze, które włożyłybyśmy w karnety przeznaczymy na zachcianki, natomiast ćwiczyć będziemy w domowych warunkach. Tak też się stało, nie są to słomiane obietnice ponieważ faktycznie ćwiczymy. Myślę, że ciężko byłoby mi się samej pilnować, na szczęście mam Elę -). Mojego anioła stróża :). Cudownie byłoby gdybym nie była uzależniona od słodyczy, bo wtedy efekty na pewno byłyby szybciej zauważalne. Faktycznie, nie jadłam ich przez pierwsze dwa tygodnie, ale potem było mi już na prawdę ciężko.Ale przynajmniej próbowałam i na pewno jeszcze nie raz spróbuję, bo walczyć trzeba :).



Co więcej... hmm. Wystąpiła dość ciężka sytuacja w moim zespole, jednak jakoś staramy się to ogarnąć. Bardzo dużo osób odeszło, z znanych bądź mniej znanych nam przyczyn. Wszyscy w głębi duszy czujemy, że to studio trochę podupada, ale nikt nie chce mówić o tym głośno. Simbus odszedł ze studia, i jakoś tak... wszystkim jest smutno z tego powodu, ponieważ jego zajęcia przyciągały wielu tancerzy. Co więcej, jeżeli o Castę chodzi, to wiadomo, zżyliśmy się z nim, bo razem z R. prowadził nasze zajęcia od trzech lat. Nie chcę odchodzić, bo wiem, że to studio wielu rzeczy mnie nauczyło, mieliśmy swoje sukcesy, jak i porażki, ale jednak mamy siłę, bo mamy świetnych tancerzy. Za żadne skarby nie chciałabym przechodzić do innego studia, poza tym, taniec to moje całe życie, co ja bym zrobiła bez tańca?



Jeżeli chodzi o inne aspekty mojego życia. Studia. Semestr V zakończyłam sukcesywnie ze średnią 4,56. Ostatnią taką średnią miałam chyba... w podstawówce;P Pracowałam na to ciężko i myślę, że nie jest to kwestia "kujoństwa" bądź niekujoństwa [ nie wiem czy takie słowo istnieje, ale to mój blog, więc sobie je stworzę na potrzeby własne ;P]. Robię to co lubię tak? Sama wybrałam swój kierunek, to co mi odpowiada. Myślę, że to bardziej kwestia własnego ogarnięcia i dobrej współpracy. Postanowiłyśmy z E. że niezależnie od czegokolwiek w tym semestrze wszystko robimy same. Stwierdziłyśmy, że praca w grupach jest jednak nie lada wyzwaniem, dlatego niezależnie od tego czy projekty będziemy mieli robić w czwórkach bądź trójkach, robimy je same. Bo pracy i tak będzie tyle samo, jeżeli miałabym robić coś za kogoś. Okres ferii między semestrami minął mi bardzo szybko. W G. obkupiłam się tak, że ledwo ciągnęłam walizkę. Odpoczęłam aż za nadto. Spotkałam się z moimi przyjaciółki. Z mordką moją. Spędziłam czas z mamą. Parę znajomości zakończyłam na dobre, ponieważ nie zamierzam otaczać się ludźmi, którzy chcą mi coś na siłę udowodnić lub mnie obrazić. Nie mam czasu na niepotrzebnych ludzi w moim życiu.

W ciągu ferii prowadziłam także własne classy w G. Było na prawdę fantastycznie. Fakt, stresowałam się, bo patrzyło na mnie kilkanaście par oczu. Wiadomo - to co innego niż prowadzić aerobik dla koleżanek lub uczyć je układu. Stały przede mną młode, buntownicze nastolatki. I to sekundy zaważały na tym, czy zdobędę ich respekt czy też nie. Najważniejsze to nie dać się zjeść, bo może być słabo. Jednakże zajęcia przebiegały po mojej myśli, dziewczynom trzeba było dać delikatnego kopa na rozpęd, a potem szło już z górki. Fakt, że musiałam pić co sekundę, bo co innego jest brać lekcję gdzieś z tyłu, gdzie nikt na Ciebie nie patrzy, a co innego myśleć nad każdym swoim ruchem i tłumaczyć, liczyć, kiedy patrzy się na Ciebie tylu ludzi :-). Po ostatnich piątkowych classach w sobotę o piątej rano wyjechałam do Białegostoku. Wieczorem czekała mnie moja własna urodzinowa impreza. Zaprosiłam chyba z 32 osoby i trochę obawiałam się, czy wszyscy się pomieścimy, ale nie było tego problemu, bo jak wiadomo, jeden nie może bo to, drugi bo tamto, i finalnie było nas kilkunastu. Mega śmiesznie i przyjemnie. Byłam zaskoczona prezentami, za które ślicznie dziękuję. Największe zaskoczenie sprawił mi chyba tort od Saszki i Agati, co więcej, świeczki tego tortu za bardzo nie chciały się zgasić. Co zdmuchnęłam, to się rozpalały na nowo, i o ile na początku prawie sikałam ze śmiechu, to później zestresowałam się, bo całe mieszkanie się zadymiło, a świeczki dalej nie chciały się gasić. W każdym razie, udało się po większym wysiłku je zgasić, a tort, mimo popiołu na ozdobach był na prawdę pyszny :).





I finalnie... mieszkanie. Pisałam już tu kiedyś, żebyś bacznie wybierał/a współlokatora, bo możesz mieć potem dużo problemów, tudzież nieprzyjemności. Tym razem jeżeli o współlokatorki chodzi trafiłam idealnie,  E. to moja druga połowa, natomiast druga współlokatorka wcale mi nie przeszkadza, bo non stop siedzi w pokoju, co jest równoznaczne z tym, że zachowuje się tak, jak gdyby jej nie było. Ani mnie to grzeje, ani mnie to chłodzi, więc jest w porządku :). Zapytasz więc: w czym rzecz? A no w tym, że nasz właściciel to alkoholik, który po libacji szuka u nas schronienia, noclegu i ciepłej herbaty. Na co stanowczo odpowiadam: NIE. Nie ma mowy, tak więc jutro spotykamy się z Bogdanem, bo tak mu na imię, na spotkanie, i albo to będzie wojna, albo pokój, ale w obu sytuacjach on będzie przegrany, już ja się o to postaram :). Także chłopaki i dziewczyny, podpisujcie umowy bo nie znacie dnia ani godziny :).

Poniżej zamieszczam filmik Olcis i Kwadratów, gdzie dziewczyny zabijają w piwnicy Simbusa :) Jaram się mega filmikiem, nakręcony w profesjonalny sposób przez Gabrysia i TubaArt, co daje świetny klimat, oraz no nasi tancerze, którzy według mnie w choreografii Oli pokazują jakimi są przekotami. Zapraszam serdecznie do oglądania.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz